/0/asc|/0/desc|/2/asc — Oblężenie

— Oblężenie




13 — Oblężenie 193 przyjmujesz, izapieprzasz jak .trzeba, ludzi gonisz, to teralz czas na zjednoczenie by był. Dobra — powiat dam — ale mam warunki. Pierwszy, mieszkaniowo--prywatny, bo to różnie wychodzi przy tych przenosinach do Warszawy. Dobra — powiada minister — załatwione. Drugi organizacyjny, chcę ustawić inaczej organizację zjednoczenia, za słaby tam napęd. To się nie da zrobić tak od razu — gasi mnie. No to trzeci warunek: wprowadzę swoich współpracowników, ostrych chłopaków, a nie kwoki. Nie da się — powiada — isą ludzie iz szuflady, muszą tam być. Po co ci te warunki, znowu chcesz mieć ostatnie słowo? Taki już jestem, towarzyszu ministrze. Władzy trzeba potakiwać, wszyscy tak robią, a tobie upór w życiu przeszkadza. Stasiu kochany! No, ale zastanowimy się, rozpatrzymy... Tak było. No to może i lepiej, co ja bym robił bez tego baj złu? Może to właśnie jest moje środowisko naturalne, moje powietrze? Dobrze, że chociaż zdrowie dopisuje. No dobra, tymczasem do papierów... Co tu mamy? Taak... Co ja zrobię z tym moim zastępcą i z jego pomysłami? Chłop może i z ikrą, nie-głupi, mogliby być z niego ludzie, ale prze do władzy... Jego memoriał o potrzebie zmian organizacyjnych: świstek papieru? Ciekawe tylko, gdzie posłał odpisy? Do komitetu? Do zjednoczenia?. Do ministra? Może nigdzie, nie zna życia... Matematyka, informatyka, nowoczesne zarządzanie, współdecydowanie, pełna informacja... Rządy, kwok chce zaprowadzić, ot co! I bab socjologicznych z doktoratami! Czy oni potrafiliby gadać z kooperantami, zaszachować inwestora, zrobić wodę z mózgu generalnemu wykonawcy, żbajerować zagranicznego kontrahenta i jeszcze rozładować gniew ludzi? Do tego trzeba chłopa! Najwyżej uzdrowiłby jedno przedsiębiorstwo i zaraz potem ludzie wywieźliby go na (taczkach wraz z jego kwokami. Nie chodzi o to, aby uzdrawiać, tylko o to, żeby do przodu. Szybko, coraz szybciej. Ostro. Chce budować tanio... Gadanie w sam raz dobre do telewizji. A z Czego on zapłaci ludziom, tak żeby poczuli, że nie za darmo wypruwali żyły? A z czego on pokryje straty, co nastąpią tuż po wymuszonym terminie uroczystego przecięcia wstęgi? Z czego schowa sobie do -rękawa, żeby mieć środki na czarną godzinę, kiedy mu wrzucą plan ponad możliwości i przycisną wskaźnikami? Jakie jest jego przygotowanie? Studia, projektowanie, książki, staż zagraniczny, kolejne stanowiska? To jest wychowanie przedszkolne, wychowujemy ich w sterylnym przedszkolu, tłumaczymy im, jaki jest świat cacy, jak się Wszystko zgadza, jak się jedno z drugim sumuje, tumanimy teoriami, okrągłym gadaniem... O wy, dziewice czterdziestoletnie! A gdzie charakter? Gdzie jaja? Gdzie napęd? Gdzie serce? Lepiej będzie dla niego, gdy go przed tym uchronię... Tylko pytanie, kto za nim stoi? Prawdopodobnie nikt, ale zawsze możliwość taka istnieje, trzeba ostrożnie... Jeśli nawet pozwolę mu działać, to i tak zniszczą go inni, tacy jak ja, z którymi będzie musiał współpracować i z którymi nie znajdzie wspólnego języka. Taaak... Tu mam sprawę konfliktu między robotnikami: jeden, co go nazywają Alojz, drugi młodszy taki... Obaj nieźli, pamiętam... Zastępca forsuje Nowe Urządzenie, brał udział w jego projektowaniu... Dobrze, wypuszczę go na to Nowe Urządzenie, ale postawię tam Alojza, niby dobry, ale wiem, że sobie nie da rady, zawali... Tak będzie. Zastępca na tym się poślizgnie, jak na niedużym gówienku. Ale skutecznie. Tak będzie, to się złoży do kupy. Chciał nowej techniki, to ją będzie miał... Tylko sam tego oczywiście nie załatwię, ale przez moje kwoki. Oficjalnie wypusizczam Zastępcę na Nowe Urządzenie iz pełnym poparciem, z publicznym uściskiem dłoni. Krysiu! Słuchaj, kochanie, daj tu uszko. Jakbyś z kimś rozmawiała, no wiesz... To mów wszystkim, że jestem w świetnych stosunkach z moim zastępcą i go popieram jako młodego, wybijającego się specjalistę. Jasne? No to dobrze, że się rozumiemy, przecież nie pierwszy raz... W dalszym ciągu minie anie ma! Talk trzeba. Takie jest rządzenie, taka jest wiedza i taka samotność rządzącego. Niech go nikomu wie będzie żal, tak trzeba. Trzeba oczyścić przedpole z tych, co mogą popsuć dobrą robotę, nawet jeśli ich intencje czyste. Mój poprzednik też miał czyste (intencje, a rozłożył przedsiębiorstwo z czystej nieudolności. Rządził krzykiem, telefonami do komitetu i popisywaniem się kolekcją orderów. Byłem jego zastępcą, podłożyłem mu zawyżony plan, zatwierdził, no i w ten sposób podpisał wyrok, bo musiał się wyrypać wraz z całym przedsiębiorstwem w ciągu jednego roku. Zjechał na stanowisko głównego specjalisty, bo jeszcze mu brakuje trochę do emerytury, a orderów za wiele, by go degradować, choć tuman. Tak trzeba, czym byśmy byli bez mojego działania? Kto zrozumie takie konieczności? KOMU STARCZY WIARY? Mój obecny zastępca szukałby odpowiedzi w komputerze albo profesorów zwołał, a ci już go zeżrą swoim gadaniem. Nie pozwalać takim wyrastać zbyt szybko. Nie dopuszczać do pełnej informacji i do sedna spraw, które by mogli spaprać swą bezmyślną dobrą wolą. Trzeba go posłać na budowę zagraniczną, to jest szkoła życia. We wrogim otoczeniu, w paskudnym klimacie, wśród nieżyczliwych ludzi, co tylko patrzą, żeby się Polacy rozłożyli... Bo im tak wypada, bo Polak to taki, co kartofle kopie i najwyżej czasem walczy jako ułan. Bo im ten cholerny Polak włazi w interesy i pakuje się do sitołu, gdzie dzielą pieczeń... Taaak... I wszystko zrobiliśmy sami, chociaż spawacz musiał być betoniarzem, betoniarz kierowcą, a dyrektor wszystkim po trochu, i to przez dwadzieścia pięć godzin na dobę. No i doprowadziłem wtedy do końca tę akcję. Tu jest trochę podobnie, dlatego mnie to bierze. Zbudować największy port na Bałtyku w czasie o połowę krótszym, niż kiedyś wyliczono i uznano za możliwe. Przy tych wszystkich trudnościach i przy tej świadomości. Przy najgorszym sprzęcie, gdzie wszystko, co pływa, z wyjątkiem gówna/ wypycha się w morze. Gdzie się rzuca milionami jak grochem, gdzie wszystkiego brakuje. Rozpalić ognisko jedną zapałką. Być może jest to ostatnia wielka budowa prowadzona metodami właściwymi dla budowy malutkiej. Jesteśmy ostatnimi, co tak potrafią, co mają na to dość zdrowia, nerwów i jaj. Ci, którzy przyjdą po nas, będą się z nas śmiać. Będą tacy jak mój zastępca i będą mieli świętą rację, tylko że do tego czasu będzie inny sprzęt, inna świadomość, inni ludzie, inne narzędzia i inne myślenie. Chwała Bogu, niech się śmieją. Ale dziś jeszcze nie, dziś gramy o pieniądze, a może nawet o Polskę. Dlatego nie będzie eksperymentów i przedpole zostanie oczyszczone ze zbożnych intencji oraz dobrych nadziei. Potem niech mnie znienawidzą albo zdejmą. Musimy to ciągnąć i ja to będę ciągnął do końca, a przynajmniej do przecięcia wstęgi. Do telewizji chcą wypowiedzi: proszę bardzo — a może by wam tak powiedzieć kMka słów prawdy, starczyłoby na parę nie napisanych powieści... Proszę bardzo, otrzymacie to, cze-goście chcieli, trochę bełkotu państwowatwórczego, wymienienie ^wszystkich świętych, pochwałę moich kwok, hołd dla docenta Wawela i twórczo zastosowanej wiedzy. Najwyżej powiem, że oduczyli się chodzić i że muszę ach czasem prostować. Kto zna sprawę — zrozumie. Ja za nich chodzę, i to dostatecznie mocno, po twardej ziemi. Znam gorycz odpowiedzialności, im niech wystarczą liczby. Ja — wysunięty przez nich. Przynajmniej tę mają ze mnie pociechę, że stanowię złowrogie alibi dla ich ukochanego rytuału narzekań. Co, żona dzwoni? A czegóż może chcieć księżna małżonka o tej porze? Słucham, (kochanie? A bo ja wiem kiedy, może jutro, może w grudniu... Tak naprawdę cię to interesuje, czy tylko na wszelki wypadek? Aha, wiem, wiem, czemu bnzrni twój słodki głosik... Domeczek? Będzie, wszystko w porządku, przyślę dziś betoniarzy i materiał. O piętnastej trzydzieści, jak skończą pracę. A co w domeczku? Ptaszynki gruchają? No to niech moim ludziom przygotują porządny obiad ;i poczęstunek, bo nie będą rzemieślnicy o suchym pysku robić. Jak to? Powiedz im, że tego żądam. Dostarczam fachowców i materiał, żądam, żeby ludzie mieli zapewnione warunki. Ukłony! Skończyła. Domeczek, domeczek... Mnie domeczek niepotrzebny, mieszkanie w bloku nie gorsze, do luksusów nie przywykłem, choć baba głowę suszy. Jak chce, niech idzie do młodych, jak im domeczek wykończę, ptaszynom zafajdanym. Muszę to robić, bo czym córka zatrzyma tego sukinsyna zięcia jak nie domkiem, co go ojciec postawi? Pójdzie w koszty, drobna pozycja. Muszę córkę wyposażyć, nie będzie zaczynać z niczego, inaczej chowana. Najwyżej jak mnie będą zdejmować, to powiedzą, że domki budowałem z materiałów przedsiębiorstwa. I niejeden mi pewnie przypiszą, kwoki rozgdakane. I żebym to ja dla siebie... Głupio i bez sensu żona dzieci chowała: na dyrektorskie dzieci! A niedawno w wywiadzie dla gazety powiedziałem, że cenię swoich młodych za to, że im tatuś niczego nie załatwia i że oni też własnymi rękoma od podstaw... Nawet ładnie to wyszło, pedagogicznie. Głupio i bez sensu... Pomyliłem się; tu ciągle napęd, szybciej, szybciej, a w domu jej państwo. I teściowej. Co ja miałem z tej żony? Najpierw fumy, że mi łaskę robi panienka z dobrego domu, a potem fumy pani dyrektorowej, że ją zaniedbuję. Kiedy ja jestem uczciwy mąż jak jasna cholera, jak święty państwowy. Czasem strzelę coś na boku, ale tylko na delegacji, żeby broń Boże nie wyskoczył skandal. Pewno, że dobrze by było mieć kochankę zbudowaną jak lala, niby w starych dowcipach o dyrektorze... Krysię chętnie bym schrupał, a tu nic, nie wypada, ludzie patrzą. NIE WOLNO MI! Tak trzeba. Co mi pozostaje...? No to, najwyżej, PEWIEN SPOSÓB, pozwalający wyobrazić sobie wszystkie orgie świata, ale i tak wyobraźnia zawodzi... Każdy to ma zapewne, tą swoją MAŁĄ STRONĘ, o której nigdy nic nikomu; pomaga wytrzymać ta gąbka na fekalia wyobraźni, ta ścierka, moja MAŁA STRONA żałosna. Tylko że w wyobraźni coraz częściej już tylko przerób, termin, komitet, premia, minister... Ten sam napęd, który będzie się jeszcze kręcił, kiedy ja sam już... Czemu wyobraźnia zawodzi, może spytać zastępcy, jak to u niego, albo towarzysza wiceministra? Dość. Koniec. Przydałby się dobry klej, żeby to posklejać do kupy, wzmocnić. Dziś dzień nie skończony. Wieczorem ważna sprawa: mój dawny przełożony, Zdjęty Dyrektor, dzisiejszy główny specjalista, wciąż niebezpieczny na przedpolu. Może się skumać z zastępcą. Trunkowa jest ta choinka obwieszona orderami, więc wezmę paru pewnych ludzi, zaprosimy go do dobrej knajpy, będzie wódy w cholerę, ja na szczęście głowę mam mocną. Potem podpuści się starego trochę, zdenerwuje, żeby zaczął rozrabiać po pijanemu. Wtedy się dyskretnie wycofujemy, stary jest zadziorny, gębę ma wielką, wzywamy cichutko milicję. Bdorą go do Matysiaków, my igo mamy w ręku. Tak się umówiłem z pewnymi ludźmi, na których mogę liczyć. Tylko jaką przysługę będę im musiał wyświadczyć w zamian? Jak daleko odważą się posunąć?