Czemuż jednak
Czemuż jednak po kilkunastu latach opuszcza swą wyspiarską samotnię, która bez mistrza i dyrektora podupada? Po zmarłym Fryderyku nastaje Chrystian IV, nie mający już takiego zrozumienia dla nauk i mędrców. Owszem, Fryderyk — opiekun filozofów, uposażyciel, wielki planista i fundator — postać to wyjątkowa między koronowanymi; daj Boże takich wszystkim akademiom. Ale wszak nie samo jego odejście śmiertelne musiało być siłą sprawczą usunięcia Tychona z wyspiarskiej świątyni zinstytucjonalizowanej wiedzy. Przecież duński szlachcic — bywały w całej Europie, a przez to wprawiony jako dworak — umiał rozmawiać z koronowanymi różnych wyznań i poglądów, a zjednywać sobie ich przychylność. Bez zarzutu były jego maniery, ogłada i pochodzenie rycerskie. Przecież każdemu z koronowanych — choćby Marsa nad Apolla przekładał — też nauka i jej instrumentarium potrzebne były, przynajmniej jako o-zdobnik do portretu. Nic tak nie uwiarygodnia ludzkiej twarzy pod brzemieniem korony jak umiarkowane popieranie wiedzy, zwłaszcza gdy ta służy uspokojeniu umysłów i doskonaleniu oręża. Zapotrzebowanie jest przeto obustronne, niezależne od flulktów polityki dynastycznej; co więc naraziło astronoma na exodus? Czyżby prognozy oparte na wydoskonalonym systemie naukowej astrologii przestały się sprawdzać? Czy nie spełniły się nadzieje na ich dokładność, wynikające z precyzji uraniborskich przyrządów? Ozy może też system Tychonowy, miast przez skrupulatność buchalterii godzić ogień z wodą, wzburzył umysły Ohrystianowych poddanych? O nie, ci mieli ważniejsze sprawy na głowach. A może źle układały się stosunki rycerza-astrologa z równie szlachetnie urodzonymi dworzanami Chrystiana? Może lekce sobie ważyli brata, co się wziął za gWiaździarstwo miast za wojaczkę lub kanolerstwo? Przecież zniewagi — nawet domniemanej — Tycho płazem nie puszczał, ufając, że to go właśnie od chamów różni, jakich się ostatnimi czasy w nauce mnożyło. Owszem, popierał ich jako użytecznych .pomocników — co choćby powiedzieć można o Johannesie Keplerze, którego Tycho wyszukał jako zdolnego, lecz podle urodzonego matematyka — ale ich nie cenił i nie przypuszczał do poufałości i tajemnic. A więc miałybyż waśnie z Chrystianowymi dworakami zmusić go do opuszczenia dyrektorskiego stolca na wyspie Hven? To zapobiegliwe szkalowanie wzajemne w trosce o jutrzejszy chleb, z urzędowym poczuciem odpowiedzialności dzielony pomiędzy żołdaków, kurwy i uczonych? Na klamce pańskiej wiszą jutrzejsze wzloty rozumu, co je patem przekujemy w technologię; jakże do twarzy imbędzie w annałach wiedzy już bez tego hańbiącego rodowodu. Ale może istnieć też inna jeszcze przyczyna, bowiem pięćdziesięcioletni uczony, już tak wsławion obnażeniem Mechanizmu Wszechrzeczy, mógł ruszyć w podróż ku miejscu, gdzie spodziewał się uwieńczyć swe dzieła dokonaniem najbardziej wiekopomnym. A do roli miejsca owego urastał w owych czasach instytut magii, ezarnoksięstwa i astrologii prowadzony przez samego cesarza Rzeszy, Rudolfa II, rezydującego na hradczańskim zamku w Pradze.