dza uwierzyła
180 dza uwierzyła. A jak się miałem nie dać wrobić, skoro sekretarz był, wszystkich dyrektorów pościągał, żeby się zadeklarowali, że niby w czynie i poza planem? A skąd ja mam Wziąć ludzi, żeby ich rzucić tu, do tej twierdzy, naprawiać ten bajzel, umacniać nabrzeża, kiedy u mnie się wali? To ja mam powiedzieć ludziom: towarzysze, nie skończymy portu, nie skończymy tego, tamtego, tylko będziemy się brać za jakieś murki historyczne i drogę dojazdową dla panów turystów, miłośników sztuki. Niby tak? Złapałem potem jego zastępcę i mówię mu: Józek, za to, żeś mnie tak wrobił przed sekretarzem, to ręki przez pół roku nie podam, Józek, kolegą byłeś... — Podasz, podasz — mówi — wszyscy musimy jakoś to pchać. — No to daj mi ludzi i sprzęt albo zdejmij któreś zadanie, to ci wszystko zrobię, nawet temu królowi, co stoi na wieży, mogę jaja odmalować! Ale tak jak jest, to albo ja przemy.-! będę budował, albo zabytki. — Nic ci nie zdejmiemy — mówi Józek — tylko jeszcze dołożymy najwyżej, takie czasy nastały. Musisz jakoś gospodarować, jesteś pan na swoim, ale nie samymi kominami będziemy żyć. — Gospodarować, gospodarować... Wasze gospodarowanie na tym polega, żeby mi coraz to nowe zadanie jak kamień do szyi, a wszystkie na wczoraj. Spróbuj się tylko, człowieku, przeciwstawić... — To co — powiada Józek — mam pójść do twoich ludzi i powiedzieć: wasz dyrektor nie daje sobie rady, towarzysze? — Z moimi ludźmi to ja sam będę rozmawiał! — Na tym stanęło i tak też rozeszło się po kościach, bo rok minął od narady w sprawie ratowania zabytku. Chwała Bogu, nikt nie rozlicza z tamtych ustaleń, ale kto miałby sumienie, przecież najważniejsze terminy nie zelżały, napięcie jeszcze wzrosło, ludzi nie przybyło, sprzęt wiadomo jaki. Do czasu — aż jakiś gryzipiórek znów coś wy-